No i mamy Nowy Rok. Jak na razie nie widać kryzysu, przynajmniej zima rozpasała się na całego i szczodrze obdarza mnie śniegiem. Mam tylko nadzieję, że latem odrobina wody w nim zawartej trafi do mojej studni. Poranna jazda do pracy przypomina loterie.

Nie wiadomo w którym miejscu skończy się żołnierskie szczęście i trzeba będzie wyciągnąć łopatę z bagażnika. Dziś przejechanie 8 kilometrów zajęło mi 45 minut. Muszę zacząć wozić ze sobą aparat. Widoki są fantastyczne, choć przyglądanie się wskazówce poziomu paliwa w baku już nieco mniej.

Zwierzaki są o wiele mądrzejsze. Wstają tylko na dotankowanie i ponownie zapadają w zimowy letarg, tylko koty zamieniają się miejscem przy Qbkowym pysku.

Z niejakim trudem przychodzi mi wypędzenie ich na śnieg, by zażyły nieco ruchu.

I może jeszcze ciekawostka z Afganistanu. Jak widać na zdjęciu, dozbrajanie miejscowej armii trwa w najlepsze. Wyposażenie żołnierzy afgańskich pozostawia wiele do życzenia. Trudno doszukiwać się krętych ścieżek, jakimi polski stalowy hełm z lat osiemdziesiątych XX wieku z orłem bez korony trafił na głowę afgańskiego żołnierza w prowincji Ghazni pod koniec pierwszego dziesięciolecia XXI wieku. Pewnie dostarczył go tam nasz najlepszy minister, Bogdan Klich, który wyleciał do Afganistanu wieczorem 22 grudnia samolotem Boeing 737, wynajętym w LOT Charters, bo rządowy samolot Tu-154 Lux 36 Pułku był niesprawny. Nawiasem pisząc, to Boeing wylądował po 5 godzinach lotu na lotnisku Termez w Uzbekistanie, gdzie na ministra czekał samolot transportowy CASA C-295M (nr boczny 021), który przyleciał z Krakowa specjalnie w celu przewiezienia delegacji z Uzbekistanu do Bagram w Afganistanie (czyli leciał równolegle z Boeingiem wiozącym delegację!). 23 grudnia rano minister przeleciał z Bagram do bazy w Ghazni na pokładzie śmigłowca Black Hawk, a osoby towarzyszące transportowym CH-47 Chinook, a stąd, zaraz po wylądowaniu, cała delegacja na pokładach dwóch polskich Mi-17 poleciała do odległej o 20 km bazy Four Corners. W analogiczny sposób odbywał się powrót ministra Klicha z Afganistanu, z tą różnicą, że wyczarterowany Boeing w drodze do Warszawy lądował wieczorem 23 grudnia jeszcze na lotnisku w Krakowie, gdzie minister wysiadł. MON nie podało, jakie były koszty czarteru samolotu na potrzeby wizyty i dotykowe koszty związane z międzylądowaniem. Podobny czarter Boeinga 737 w wersji VIP do rumuńskiego przewoźnika na potrzeby sierpniowej wizyty premiera Donalda Tuska w Afganistanie kosztował – według informacji nieoficjalnej – około 100 tys. dolarów.
Ciekawe, dlaczego delegacja nie zafundowała sobie przejazdu w konwoju kołowym, wszak widoki byłyby znacznie ciekawsze.
I to by było na tyle dwadzieścia dni przed emeryturą.